Poskromienie złośnicy

okładka programu baletu „Poskromienie złośnicy”, zdjęcie ze strony http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/213342.html

 

W niedzielę miałam przyjemność obejrzeć spektakl Poskromienie złośnica w wykonaniu Polskiego Baletu Narodowego.
Jest to kolejny balet oparty na twórczości Szekspira na warszawskiej scenie i mam z nim niejaki problem. Bo z jednej strony choreografia, kostiumy i scenografia są wspaniałe, a tancerze cudowni, ale wymowa samego spektaklu, czy raczej sztuki na podstawie której on powstał jest dla mnie nie do przyjęcia. „Poskromienie złośnicy” to sztuka głęboko mizogoniczna, opowiadająca o łamaniu charakteru głównej bohaterki przez jej męża który znęca się nad nią zarówno psychicznie jak i fizycznie, a wszystko to podane w lekkim, komediowym sosie.
„W balecie nie ma ciotek” to słowa Georgia Balanchina. Nie da się za pomocą tańca przedstawić wszystkich niuansów które pojawiają się w tekście pisanym, co łagodzi i nieco zmienia wymowę tego baletu w stosunku to pierwowzoru.
Fabuła baletu toczy się dwutorowo. Z jednej strony mamy historię Katarzyny-złośnicy, której nikt nie lubi i wszyscy się boją, gdyż jest po prostu wredną babą, która każdego wyszydzi, wyśmieje a na koniec podstawi nogę i znów wyśmieje gdy ten się wywróci.
Z drugiej strony jest jej słodka i łagodna siostra Bianka, wokół której kręcą się zalotnicy czekający tylko na moment zamążpójścia Katarzyny, bo tylko wówczas jej młodsza siostra będzie mogła również wyjść za mąż. Mamy intrygę, gdy Hortensjo, Laurencjo i Gremio skłaniają Petruchia, który lubi się bawić i przez to popada w finansowe tarapaty okradziony przez panie lekkiego obyczaju do oświadczenia się Katarzynie w zamian za spłacenie jego długów. Mamy również drugą intrygę, gdy Bianka i Laurencjo postanawiają doprowadzić do ślubu Hortensja i Gremia z wspomnianymi wcześniej paniami wątpliwej proweniencji. W tym celu przekupują je, by w trakcie karnawału przebrały się za Biankę i skłoniły dwóch niczego nie podejrzewających adoratorów do ślubu. Mamy w końcu parę głównych bohaterów, Katarzynę i Petruchia, który zaraz po ślubie porywa swą młodą żonę do swej rezydencji i tam głodem i chłodem przyucza do posłuszeństwa. Ta pomimo początkowwego oporu staje się posłuszną i wierną żoną, a nawet odkrywa jak ciepłym i dowcipnym mężem jest Petruchio.W końcowej scenie wszyscy spotykają się na ślubie Bianki, gdzie okazuje się że młodsza siostra nie jest takim aniołem jak wszyscy sądzili, podczas gdy wredna Katarzyna jest przykłdną i szczęśliwą żoną.
Balet powstał w 1969 roku, choreografię stworzył John Cranco dla Baletu Sttutgardzkiego. Mimo upływu czasu spektakl nadal jest wizualnie atrakcyjny. Scenografia jest skromna, ale dla mnie to akurat plus, kostiumy utrzymane w stylu renesansowym cieszą oko, a sama choreografia daje możliwość popisu zarówno solistom jak i zespołowi.
Prócz dwóch par solistycznych, czyli Katarzyny i Petruchia oraz Bianki i Laurencja mamy również szereg ról charakterystycznych które pozwalają artystom pokazać w pełni swoje umiejętności aktorskie. W niedzielę grano dwa spektakle, ja oglądałam ten poranny i w sposób szczególny moją uwagę przykuł Paweł Koncewoj który w roli Gremia był przezabawny i jego oglądanie sprawiało mi wielką radość.
Z przyjemnością ogladałam również Dawida Trzęsimiecha w roli Laurencja i Yurikę Kitano jako Biankę, stowrzyli piękny, liryczny duet od którego nie mogłam oderwać oczu.
I oczywiście soliści, Yuka Ebihara w której zakochałam się widząc ją po raz pierwszy w „Siedmiu skrzydłach aniołów” niedługo po tym jak dołączyła do warszawskiego zespołu. Dotychczas oglądałam ją raczej w rolach lirycznych, więc nie do końca wiedziałam czego się spodziewać, ale nie zawiodłam się. Stworzyła wyrazistą kreację,doskonałą aktorsko, dowcipną a jednocześnie liryczną we właściwych momentach.
„Poskromienie złośnicy” nie będzie moim ulubionym baletem, lecz z pewnością jest warty polecenia, szczególnie że nieczęsto możemy w Warszawie ogląć balety komiczne.
Za to w maju będzie miała miejsce premiera nowej wersji słynnego baletu „Jezioro łabędzie”, który bardzo długo nie był wystawiany na naszej scenie, daltego czekam na niego z niecierpliwością.

Co zabrać ze sobą na pierwsze zajęcia z baletu?

OK, podjęłaś decyzję, znalazłaś szkołę i kupiłaś pierwszą lekcję albo karnet i idziesz na balet. Domyślam się że zastanawiasz się nad kilkoma sprawami: w co się ubrać? Jak się zachować? Czy dam radę? Czy nie narobię sobie wstydu? Na dwa pytania mogę odpowiedzieć krótko: dasz radę i nie narobisz sobie wstydu. Razem z Tobą na sali będzie kilkanaście osób równie zielonych jak Ty, które będą tam po raz pierwszy i też nie będą wiedziały o co w tym wszystkim chodzi. Mało tego, założę się że każda obecna tam osoba będzie tak bardzo skoncentrowana na tym co robi, na tym jak ogarnąć ręce, nogi, głowę i milion innych rzeczy że absolutnie nie będzie miała czasu patrzeć na Ciebie i oceniać Twoją figurę / umiejętności / strój czy cokolwiek tam sobie wyobrażasz. Także odwagi! Pozostałe dwa pytania wymagają nieco więcej miejsca.

W co się ubrać? To zależy. Dla niektórych osób pierwsze kilka lekcji to czas na podjęcie decyzji, czy chcemy dalej się w to bawić, więc inwestowanie w nowe ubrania po prostu się nie opłaca.
W takim wypadku polecam legginsy, dopasowany top, skarpetki-stópki ew. ocieplacze jeśli masz je w domu. Taki zestaw jest na początek zupełnie wystarczający.
Jeśli jednak jesteś osobą która podjęła decyzję ostateczną lub idąc na jakiekolwiek zajęcia „sportowe” musisz mieć adekwatny strój to zapraszam do dalszej lektury.
Typowe wymagania w zakresie stroju uczennicy szkoły baletowej to blado-różowe rajstopy i odsłaniający łopatki kostium, zwany również trykotem, oraz blado-różowe baletki z doszytymi troczkami oraz ocieplacze na czas rozgrzewki. Może by również wiązana spódniczka.

               

Trzy zdjęcia na których prezentuję się w typowych dla mnie ubraniach które zakładam na lekcję.

Taki strój będzie zupełnie wystarczający, ale chciałam powiedzieć również o innych możliwościach.
Ja jako osoba której figura odbiega od baletowych kanonów zwykle zakładam jakiś rodzaj spodni/ocieplaczy sięgających do kolan lub dłuższych i noszę je przez całą lekcję, ponieważ tak czuję się bardziej komfortowo.
Zwykle też wybieram taki fason kostiumu który pozwala na założenie pod spód sportowego stanika bez konieczności prezentowania go całej sali, ale to sprawa indywidualna.
Bardzo wygodnym wyborem jest tzw. unitard, czyli kostium z nogawkami. To praktyczne rozwiązanie, bo nie trzeba pamięta o rajstopach i jest cieplejszy.
Jako zmarzluch zawsze pamiętam o ocieplaczach. Zwykle wybieram te długie, sięgające połowy uda i zdejmuję w trakcie lekcji. Nie wiem czemu, ale bardzo ciężko mi rozgrzać stopy, dlatego też zawsze przed lekcją zakładam ciepłe skarpetki i zdejmuję dopiero jak stopy są już dobrze rozgrzane.
Zamiast skarpetek można też kupić specjalne buty ocieplające, ale ja wolę skarpetki.
Poniżej kilka przykładów.

Obraz w treści 4   Obraz w treści 6  Obraz w treści 7

Różne opcje z czarnym kostiumem, wszystkie zdjęcia ze strony http://uk.blochworld.com/womens-dance-leotards

Obraz w treści 9   Obraz w treści 10  Obraz w treści 1

A tu trochę koloru, zdjęcia ze strony http://www.movedancewear.com/leotards/

Obraz w treści 3   Obraz w treści 8  

Moje ulubione kostiumy firmy Mirella Dancewear, zdjęcia ze strony https://www.planetdancedirect.co.uk/

I różne wersje ocieplaczy, zdjęcia ze strony http://www.mirella-dance.com/, http://uk.blochworld.com

Ja baletowe zakupy robię zwykle na www.dancedirect.com, ale myślę że warto ponać również inne firmy.

http://witeam.pl/viewpage.php?page_id=1 tu kupowałam swoje pierwsze kostiumy, szyją na miarę, kostiumy są bardzo wygodne i używam ich do tej pory

http://sofancy.pl/  stroje projektowane przez pierwszą solistkę Polskiego Baletu Narodowego Martę Fidler, bardzo piękne.
http://witeam.pl/viewpage.php?page_id=1 tu kupowałam swoje pierwsze kostiumy, szyją na miarę, kostiumy są bardzo wygodne i używam ich do tej pory

Jeśli chodzi o baletki to pierwsze polecam kupić w sklepie stacjonarnym, ponieważ trzeba je dopasować do rozmiaru stopy, i nie każdy model będzie nam odpowiadał.
Ja kupowałam w księgarni muzycznej SAWART, a potem na dance direct.Wiem, że miękkie baletki można też dostać w Decathlonie i niektóre osoby bardzo je sobie chwalą. Ja długo używałam baletek firmy Sansha, potem Bloch ale od dłuższego czasu moje ulubione baletki to te produkowane przez firmę Grishko.

To w zasadzie tyle jeśli chodzi o ubiór. Dodam tylko, że tradycyjną fryzurą na sali baletowej jest koczek. Chodzi przede wszystkim o wygodę, bo włosy nie wpadają do oczu i nie przylepiają się do twarzy, ale też o kwestie estetyczne.  Ale generalnie każda fryzura dzięki której włosy nie będą nam wpadać do oczu będzie dobra. Przed lekcją warto pamiętać też o zdjęciu długich kolczyków, bransoletek i innej biżuterii która może przeszkadzać w ruchu czy wydawać jakiekolwiek dźwięki.

Tu jeszcze kilka słów o tym jak się zachować. To co moim zdaniem jest najważniejsze, to niespóźnianie się na zajęcia, bo  to niegrzeczne i po prostu przeszkadza innym. Na sali baletowej nie jemy, za to jak najbardziej pijemy wodę. Pamiętamy też o wyciszeniu lub wyłączeniu telefonu, żeby nie zaczął dzwonić w środku lekcji.

To w zasadzie wszystko, jeśli chodzi o takie ogólne uwagi, mam nadzieję że pomogłam rozwiać wasze wątpliwości. W następnym baletowym poście napiszę o tym jak wygląda typowa lekcja tańca klasycznego.

Zupa z porów i szparagów z natką pietruszki

Jestem wielką fanką zup, są smaczne, pożywne i rozgrzewające. Służą sylwetce i są tanie. Do ich przygotowania można wykorzystać składniki które czasem wyrzucamy jak twarde i włókniste części zielonych szparagów. W sezonie mrożę je i zimą wykorzystuje do przygotowania tej prostej i smacznej zupy.
Składniki:

2 pory

pęczek szparagów – same łodygi

1 średni ziemniak
oliwa
śmietana
sól, pieprz

natka pietruszki

Pory musimy dokładne umyć i pokroi w plasterki do 3/4 wysokości a następnie przesmażyć na oliwie aż będą miękkie.
W tym czasie gotujemy wodę, wrzucamy obrane łodygi szparagów pozostałe po odłamaniu czubków, które można wykorzysta w innym daniu, Same łodygi są włókniste i zazwyczaj się je wyrzuca, ale tu sprawdzą się doskonale, bo mają mnóstwo smaku a po zblendowaniu nie będzie czuć włókien. Gotujemy razem z obranym i pokrojonym ziemniakiem ok. 20 minut, dodajemy pory i zostawiamy na kolejne 20 minut dodając sól i pieprz. Po tym czasie zupę studzimy, dodajemy kwaśną śmietanę i blendujemy na gładki krem.
Przed podaniem posypujemy posiekaną natką pietruszki.

Zupa jest delikatna w smaku i sycąca  a jednocześnie nisko kaloryczna i zdrowa 🙂

Jamnik Szaman-trochę historii

Zapraszam na nowy post!!!

 

Dziś chciałam opowiedzieć o moim pierwszym psie czyli Szamanie.
Szamana adoptowaliśmy sześć lat temu przez Fundację Azylu pod Psim Aniołem. Jak tylko zobaczyłam ogłoszenie, wiedziałam że muszę mu pomóc.
Jamnik z połamaną miednicą miał trafi w marcu do schroniskowego boksu i czekać na adopcje. Decyzja była szybka i po podpisaniu umowy adopcyjnej pojechałam do lecznicy odebrać biedaka.
Jak Szaman trafił do lecznicy? Dobrzy ludzie widzieli jak wpadł pod samochód którego kierowca zabrał psie ciało z drogi, wrzucił do rowu i odjechał. Zabrali biedaka do lecznicy, gdzie okazało się że ma połamaną miednicę i liczne otarcia, ale żyje.

Zdjęcie adopcyjne Szamana. Autor www.psianiol.org.pl

Kiedy odbierałam go od weterynarza był w trakcie leczenia, rany się goiły a miednica zrastała. Z tego powodu miał przebywać w klatce (ograniczenie ruchu) do czasu aż w pełni się zrośnie.
Szybko okazało się, że złamania to najmniejszy problem mojego nowego przyjaciela. Szaman cierpiał z powodu lęku separacyjnego, czyli bał się zostawać sam w domu i wył. Zresztą nie tylko jak zostawał w domu sam, również kiedy szłam do łazienki i zamykałam drzwi, albo w jakikolwiek inny sposób znikałam mu z oczu.
Powiedzieć że było to kłopotliwe to nie powiedzie nic. Szaman za nic miał to, że musiałam chodzić do pracy czy na zakupy- jak tylko widział zamykające się drzwi zaczynał koncert.
Sąsiedzi nie byli zachwyceni a ja bałam się wychodzić z domu. Ograniczyłam swoje aktywności do minimum i poza pracą nigdzie nie chodziłam, na szczęście zakupy można robi przez internet, również te jedzeniowe.
Początkowo miałam nadzieję że problem minie sam, ale już po tygodniu wiedziałam, że tak łatwo to nie będzie i zaczęłam szukać pomocy, najpierw w internecie. Niestety porady które tam znalazłam niewiele pomogły, wiec już w połowie marca zaczęliśmy spotkania z zoopsychologiem.

Taki byłem straszny…

Pierwsze zalecenia pomogły nam na rozwiązanie problemu tylko częściowo, mogłam już wyjść do toalety bez potwornego psiego jazgotu pod drzwiami, jednak w dalszym ciągu było bardzo źle. Intensywne treningi posłuszeństwa i długie poranne spacery wcale go nie męczyły i wciąż hałasował.
Rozpoczęliśmy pracę z kolejnym specjalistą, włączyliśmy leki, pożyczyliśmy psa do towarzystwa, jednak Szaman jak wył tak wył. Co drugi  dzień pracowaliśmy nad posłuszeństwem, przy wychodzeniu z domu pies dostawał dużą torbę za ukrytymi w papierze gazetowym smaczkami do rozkopania, jednak gdy wracałam torba była nienaruszona a nagarnia z kamerki i mikrofonu były jednoznaczne.
Gdzieś w okolicach listopada przyszedł mi do głowy pomysł ostateczny, czyli adopcja kota w nadziei że nowe, nieznane zwierze pomoże Szamanowi pokona lęk przed samotnością. Po konsultacji z naszą behawiorystką plan został zrealizowany i w pierwszych dniach grudnia w domu pojawiła się Pola, ok. 6 miesięczny kociak.
Początkowo pracowaliśmy nad zapoznaniem się psa i kota, Szaman był bardzo entuzjastycznie nastawiony do nowej istoty w domu i szybko ją zaakceptował.

Wygląda przez okno, łóżko zdemolował, ale nie wyje. Zdjęcie z kamerki internetowej.

Nigdy nie zapomnę dnia kiedy wyszłam z domu na 4 godziny i po powrocie odkryłam że mój wyjec przez cały ten czas nie wydał z siebie żadnego dźwięku i cały ten czas przespał. Płakałam ze szczęścia, dosłownie.
Okazało się że adopcja kota okazała się najlepszym pomysłem jaki przyszedł mi do głowy i bardzo, ale to bardzo skutecznym. Dzięki temu jeden problem mieliśmy z głowy, został problem z zachowaniami agresywnymi wobec innych psów.
Dziś widzę, że rozwiązanie tego problemu było tylko kwestią czasu. Pierwszym dobrym krokiem było to, że przeprowadziliśmy się w inne miejsce.
Tam nie było starych psów które źle się kojarzyły, tak więc już sama zmiana miejsca spowodowała, że Szaman bardzo się uspokoił i spacery stały się znacznie przyjemniejsze. Do tego ja stałam się spokojniejsza dzięki temu, że po przyjściu do domu nie musiałam się martwic o to, że sąsiedzi chcą mnie zabić bo pies wył cały dzień.
W zasadzie od początku Szaman chodził na długiej, 10 metrowej lince i na szelkach a nie obroży, dzięki czemu nie ciągnął i miał dużo większą wolność w kontaktach z psami. Początkowo na spacery na których miał mieć kontakt z innymi psami miał też zakładany kaganiec, dzięki czemu mieliśmy pewność, że nie dojdzie do rozlewu krwi.
Potem w naszym życiu pojawił się drugi pies, który dzięki swoim doskonałym zdolnościom socjalnym i odsianiu psów „niepewnych” pozwolił Szamanowi na kontakty tylko z psami spokojnymi i nieagresywnymi.
W tej chwili Szaman akceptuje większość psów, nadal obawia się tych dużych, bardzo ruchliwych i buldożków francuskich 😉

Wakacje w Mikoszewie

Co zyskałam dzięki adopcji psa? Na pewno wiernego przyjaciela i najmilszego jamniczka na świecie, a także kota i drugiego psa, Wiedźmina. Dowiedziałam się bardzo wiele o psychologii i zachowaniach psów, nauczyłam się bardzo dużo o komunikacji i odpowiednim treningu posłuszeństwa.
Podjęłam również studia podyplomowe z zakresu psychologii zwierząt i ukończyłam kurs trenerski dla behawiorystów i dzięki temu mam możliwość udzielania porad behawioralnych.
Zaczęłam więcej chodzi na spacery i ogólnie więcej się rusza oraz poznałam wiele wspaniałych osób, specjalistów od psiej psychiki.
Przekonałam się też, że jestem w stanie bardzo wiele znieś aby osiągnąć efekty, Wycie Szamana trwało 10 miesięcy, to był bardzo trudny okres i jak go wspominam to zastanawiam się jak dałam radę, ale wiem, że teraz też dałabym radę 🙂

Śpi tylko w łóżku!

Szaman jest bardzo miłym i spokojnym psem, nie wymaga bardzo wielkiej uwagi, bo ma już około 10 lat i większość czasu spędza w łóżku (jak każdy przyzwoity jamnik gardzi spaniem na podłodze, tylko łóżko).
Z drugiej strony chętnie chodzi na spacery a patrzenie jak kopie nory bardzo mnie cieszy. Mimo że nasze początki były ciężkie, to dziś jest najlepszym psim kumplem na świecie.

Balet dla dorosłych, czyli nigdy nie jest za późno by spełniać marzenia

 

Moja relacja ze sportem zawsze była bardzo trudna. Jako dziecko miałam alergię prawie na wszystko, dodatkowo pojawiały się u mnie ataki duszności, więc pierwsze lata podstawówki przesiedziałam na zwolnieniu.
Dopiero w piątej klasie podstawówki zaczęłam uczestniczyć w zajęciach z WF-u i było to dla mnie traumatyczne doświadczenie. Wszyscy oprócz mnie wiedzieli jak się gra w siatkówkę czy koszykówkę, więc moja niechęć tylko się powiększała. Lubiłam pływać, ale u mnie w szkole nie chodziło się na basen. Od dziecka jeździłam też na Mazury, więc moim ulubionym (i niedostępnym na co dzień sportem) było żeglarstwo.
Dopiero jako dorosła i pracująca osoba postanowiłam znaleźć sobie jakieś hobby związane z ruchem. Długo zastanawiałam się co to mogło by być i wtedy przypomniałam sobie o dziecięcym marzeniu żeby zostać baletnicą. Znalazłam zajęcia z baletu dla dorosłych, kupiłam karnet i tak zaczęła się moja przygoda z tańcem.


Na swoje pierwsze zajęcia poszłam mając 23 lata i będąc kompletnie nierozciągniętą osobą. Jak już pisałam, jedyny sport jaki uprawiałam to było pływanie a i to bardzo nieregularnie, bo tylko w czasie wakacji nad jeziorem.
Nie było mowy o tym, żebym dotknęła stóp stojąc na wyprostowanych nogach nie mówiąc o szpagatach i innych rzeczach które kojarzą się z baletem. Moja figura też była ( i jest) daleka od baletowych kanonów.
Nie mam złych wspomnień z pierwszych zajęć, bo byłam tak zmotywowana i nakręcona, że będąc na sali czułam się fantastyczne. Czułam, że spełniam swoje marzenia.
Moi bliscy sądzili że wytrzymam nie dłużej niż miesiąc a ja przez siedem lat w zasadzie nie opuszczałam zajęć. Musiałam być bardzo chora, żeby nie pójść na lekcję.
Czemu tak wsiąkłam? Powodów jest kilka. Najważniejszy z nich to możliwość spełnienia marzeń z dzieciństwa. Jako dziecko chciałam pójść do szkoły baletowej, ale rodzice nie zgodzili się na to.
Co jeszcze? Moje zaangażowanie spowodowało, że pierwsze efekty przyszły dość szybko, co bardzo mnie zmotywowało do dalszej pracy. Na własne oczy widziałam że z każdą lekcją postęp jest coraz większy i ćwiczenia przychodzą mi z coraz większą łatwością a ich wykonanie jest coraz lepsze. Na każdych zajęciach uczyłam się czegoś nowego, więc nie było miejsca na nudę. Jednocześnie lekcja baletu ma swoje niezmienne podstawy, więc czułam się bezpiecznie wiedząc czego mogę się spodziewać. Wiedziałam też do czego dążę, bo wiedziałam jak powinien wygląda dany ruch.

 

Dowód na to, że nawet po 25 roku życia można zrobić szpagat 😉

 

Co dał mi balet? Oczywiście mnóstwo satysfakcji, ale jeśli chodzi o bardziej wymierne efekty to na pewno większe rozciągnięcie, wzmocnienie mięśni, zwiększenie zakresu ruchu w stawach i utratę wagi. Poprawiłam koordynację ruchową i równowagę. Stanie na jednej nodze przestało być problemem.
Zaczęłam też chodzić do teatru żeby zobaczyć tancerzy na scenie, czytać książki związane z baletem i kolekcjonować nagrania, słuchać muzyki klasycznej.
Kiedy musiałam wybrać temat pracy licencjackiej a potem magisterskiej nie miałam problemu – oba były związane z baletem.
To co było dla mnie bardzo ważne, to to, że w trakcie lekcji nie myślałam o niczym innym niż to co robię w danym momencie, świat zewnętrzny przestawał dla mnie istnieć.
Po zajęciach wychodziłam zmęczona fizycznie, ale z wypoczętą głową. Balet uczy ważności i skupienia na tym co dzieje się tu i teraz oraz dyscypliny. Nie wypada spóźnić się na zajęcia i nie rozgrzać się przed nimi, a jeśli chcemy widzie postępy musimy pracować nie tylko na sali ale również w domu, szczególnie nad rozciągnięciem.

 

Fragment lekcji

Każda forma ruchu jest dobra, jednak najważniejsza jest regularność, dlatego warto wybrać takie zajęcia które będą nam sprawiać przyjemność. Oprócz baletu chodziłam na siłownię, basen, jeździłam na rowerze i wszystkie te aktywności były fajne, jednak żadna nie dawała  mi takiej satysfakcji jak taniec.
Dlatego też polecam pójść na lekcję i samemu się przekonać jak fajną formą aktywności jest taniec klasyczny.

 

Guacamole

Guacamole to jeden z moich ulubionych sosów, jest bardzo prosty i smaczny. Podstawą jest wybór właściwego awokado. W sklepie możemy dostać zwykle dwie odmiany, te o zielonej skórce, które zazwyczaj są twarde i wymagają czasu, żeby mogły dojrzeć i awokado hass o ciemnej,  chropowatej skórce, gotowe do spożycia. Moim zdaniem oba rodzaje są równie smaczne, jednak aby przygotować doskonałe guacamole musimy mieć owoc o miękkim, maślanym miąższu.

Guacamole z nachosami, pycha 🙂

Sam przepis ma wiele wersji, ja na co dzień przygotowuję tą prostą w skład której wchodzą tylko awokado, sól, sok z cytryny i czosnek, ale czasem mam ochotę bardzie się wysilić i wówczas przygotowuję wersję z większą ilością składników, idealną jako jedzenie na imprezę z dodatkiem pieczywa, nachosów czy pokrojonych tortilli.

 

Awokado, sok z cytryny, oliwa, odrobina soli. Doskonałe samo w sobie np. na śniadanie

Składniki:

  • dwa dojrzałe awokado
  • pół czerwonej cebuli
  • kilka pomidorków koktajlowych
  • czosnek
  • sok z cytryny
  • chilli ( świeże lub suszone, np. w płatkach)

Żeby zrobić guacamole musimy wybrać miąższ z przekrojonego na pół i pozbawionego pestki awokado i rozgnieść za pomocą widelca. Dodajemy sól, chilli, sok z cytryny, przeciśnięty przez praskę czosnek i mieszamy. Pasta nie powinna być gładka tylko lekko rozdrobniona, o grudkowatej konsystencji.

Cebulę kroimy w drobną kosteczkę, podobnie pozbawione nasion pomidorki. Dodajemy je do pasty z awokado, mieszamy i gotowe 🙂

Smacznego!

Sylwester z psem

Sylwester już dziś, w mojej okolicy oznacza to, że petardy strzelają już od Wigilii. Zarówno mój pies jak i inne, które spotykam w trakcie spacerów boją się wystrzałów i hałasu, więc tak noc sylwestrowa jak i kilka nadchodzących dni będą dla nich wyjątkowo trudne.

Sylwester z psem. Naprawdę trzeba strzelać?

Oczywiście nie wszystkie zwierzęta źle znoszą wystrzały, jednak dla większości z nich niespodziewany hałas o wysokim natężeniu jest niezwykle stresujący.

Czemu to co według nas jest fajne nie jest fajne dla naszych zwierząt? Przede wszystkim ze względu na to, że zakres słyszanych przez psy dźwięków jest inny niż tych które słyszymy my. Psi słuch jest też o wiele wrażliwszy niż nasz. W efekcie to co dla nas jest zwykłym hałasem dla nich jest kilkakrotnie głośniejsze.

Ponadto musimy pamiętać o tym, że psy nie wiedzą że 31 grudnia to bardzo specjalny dzień w którym świętujemy, między innymi poprzez odpalanie fajerwerków. Dla nich to dzień taki jak każdy inny. W związku z tym gdy następuje godzina zero nasze psy czują się tak, jak my czulibyśmy się podczas bombardowania. To co dla nas jest fajne i ładne dla nich jest niespodziewaną apokalipsą i powoduje u nich ogromy strach i poczucie zagrożenia. Rzadko kiedy świętowanie ogranicza się do jednego dnia w roku, zwykle zaczyna się w okolicach wigilii i kończy tydzień po sylwestrze. Psi stres zaczyna być przewlekły i jego skutki bywają widoczne gołym okiem. W przypadku mojego jamnika jest to niechęć do wychodzenia na spacery po zmroku która postępuje i zwykle 31 grudnia nie udaje nam się już wyjść po godzinie 13, a w Nowy Rok czasem w ogóle.

Na tym zdjęciu widać wiele objawów stresu u psa: mrużenie oczu, uszy położone po sobie, łapa podniesiona do góry.

W tym roku jest zdecydowanie lepiej, ale rok temu nie udało mu się załatwić swoich potrzeb przez ponad 48 godzin, bo tak bardzo bał się wyjść z domu.

Zatem jak możemy pomóc naszym futrzastym przyjaciołom?

Po pierwsze pamiętajmy o tym, że pies wystraszony nagłym odpaleniem petardy może uciec i na przykład wbiec pod przejeżdżający samochód, więc w tym okresie konieczna jest smycz, a nawet dwie: jedna przypięta do obroży a druga do szelek.

Po drugie pamiętajmy o adresówce, na wypadek gdyby dwie smycze zwiodły. Pomoże ona naszemu pupilowi szybciej wrócić do domu.

Chip to kolejna sprawa o którą warto zadbać, ale sam chip to jeszcze nie wszystko, pamiętajmy żeby dopisać psa do bodaj najpopularniejszej bazy jaką jest https://www.safe-animal.eu/ dzięki której łatwiej będzie odnaleźć nasze dane po zeskanowaniu chipa.

W domu pamiętajmy o zapewnieniu psiakowi bezpiecznego, cichego i ciemnego miejsca w którym będzie mógł się skryć. Ja opuszczam wszystkie rolety, zamykam okna i zostawiam otwartą łazienkę, bo to najcichsze pomieszczenie w domu. Poza tym robię moim psom „bazę” z koców i poduszek w której mogą się zakopać i poczuć bezpiecznie. Ale można też urządzić „norę” pod krzesłem, nakryć kocem klatkę kennelową etc. Kilka minut przed północą puszczam też bardzo głośną muzykę, która choć trochę zagłusza wystrzały.

Szaman i Pola w bazie 🙂

Oprócz tego stosuję również kamizelkę przeciwlękową taką jak ta: http://www.helpmydog.pl/ którą mam już od kilku lat. Nie działa może tak wspaniale jak to opisuje producent i dystrybutor, ale z pewnością pozwala się psu wyciszyć.

Szaman w kamizelce

Wiele psów w stresie odmawia jedzenia, ale warto przygotować sporo gryzaków takich jak np. suszone świńskie uszy, bo żucie pomaga się psu zrelaksować.

Mamy też jeszcze czas na wizytę u weterynarza, który może nam zapisać odpowiednie leki które pomogą naszemu psu przetrwać tą wyjątkowo ciężką noc.

Czasem jednak trzeba się zastanowić nad innym rozwiązaniem takim jak wyjazd w głuszę lub oddanie psa do psiego hotelu poza miastem. To drugie rozwiązanie ma dwie zalety, bo nasz pies będzie w miejscu gdzie jest względnie cicho i nie ma wystrzałów, a my możemy w tym czasie pójść na sylwestrową imprezę.

Jest jeszcze jedna sprawa o której warto mówić i o którą warto apelować do władz, zarówno tych lokalnych jak i na szczeblu centralnym, czyli zakaz strzelania w sylwestra i organizowanie przez miasto pokazów laserowych zamiast fajerwerków. Dawanie przykładu zawsze działa lepiej niż zakazy i nakazy.

Wiem, że dla wielu osób sylwester bez fajerwerków jest niewyobrażalny, ale pamiętajmy o naszych mniejszych braciach. I nie chodzi tu tylko o nasze domowe zwierzęta, ale też o psy w schroniskach, które bardzo źle znoszą takie atrakcje i ich opiekunowie muszą się bardzo natrudzić żeby w tą noc nie doszło do żadnego nieszczęścia.

Życzę wam wszystkim udanej zabawy, bez względu na to w jakim gronie będzie się ona odbywać.

Ja już po raz piąty spędzę ją w domu z moimi psami oglądając filmy o zombie i pilnując stołu przed polekowym apetytem mojego jamnika. Mam nadzieję, że moje rady pomogą wam przetrwać tę noc!