Balet dla dorosłych, czyli nigdy nie jest za późno by spełniać marzenia

 

Moja relacja ze sportem zawsze była bardzo trudna. Jako dziecko miałam alergię prawie na wszystko, dodatkowo pojawiały się u mnie ataki duszności, więc pierwsze lata podstawówki przesiedziałam na zwolnieniu.
Dopiero w piątej klasie podstawówki zaczęłam uczestniczyć w zajęciach z WF-u i było to dla mnie traumatyczne doświadczenie. Wszyscy oprócz mnie wiedzieli jak się gra w siatkówkę czy koszykówkę, więc moja niechęć tylko się powiększała. Lubiłam pływać, ale u mnie w szkole nie chodziło się na basen. Od dziecka jeździłam też na Mazury, więc moim ulubionym (i niedostępnym na co dzień sportem) było żeglarstwo.
Dopiero jako dorosła i pracująca osoba postanowiłam znaleźć sobie jakieś hobby związane z ruchem. Długo zastanawiałam się co to mogło by być i wtedy przypomniałam sobie o dziecięcym marzeniu żeby zostać baletnicą. Znalazłam zajęcia z baletu dla dorosłych, kupiłam karnet i tak zaczęła się moja przygoda z tańcem.


Na swoje pierwsze zajęcia poszłam mając 23 lata i będąc kompletnie nierozciągniętą osobą. Jak już pisałam, jedyny sport jaki uprawiałam to było pływanie a i to bardzo nieregularnie, bo tylko w czasie wakacji nad jeziorem.
Nie było mowy o tym, żebym dotknęła stóp stojąc na wyprostowanych nogach nie mówiąc o szpagatach i innych rzeczach które kojarzą się z baletem. Moja figura też była ( i jest) daleka od baletowych kanonów.
Nie mam złych wspomnień z pierwszych zajęć, bo byłam tak zmotywowana i nakręcona, że będąc na sali czułam się fantastyczne. Czułam, że spełniam swoje marzenia.
Moi bliscy sądzili że wytrzymam nie dłużej niż miesiąc a ja przez siedem lat w zasadzie nie opuszczałam zajęć. Musiałam być bardzo chora, żeby nie pójść na lekcję.
Czemu tak wsiąkłam? Powodów jest kilka. Najważniejszy z nich to możliwość spełnienia marzeń z dzieciństwa. Jako dziecko chciałam pójść do szkoły baletowej, ale rodzice nie zgodzili się na to.
Co jeszcze? Moje zaangażowanie spowodowało, że pierwsze efekty przyszły dość szybko, co bardzo mnie zmotywowało do dalszej pracy. Na własne oczy widziałam że z każdą lekcją postęp jest coraz większy i ćwiczenia przychodzą mi z coraz większą łatwością a ich wykonanie jest coraz lepsze. Na każdych zajęciach uczyłam się czegoś nowego, więc nie było miejsca na nudę. Jednocześnie lekcja baletu ma swoje niezmienne podstawy, więc czułam się bezpiecznie wiedząc czego mogę się spodziewać. Wiedziałam też do czego dążę, bo wiedziałam jak powinien wygląda dany ruch.

 

Dowód na to, że nawet po 25 roku życia można zrobić szpagat 😉

 

Co dał mi balet? Oczywiście mnóstwo satysfakcji, ale jeśli chodzi o bardziej wymierne efekty to na pewno większe rozciągnięcie, wzmocnienie mięśni, zwiększenie zakresu ruchu w stawach i utratę wagi. Poprawiłam koordynację ruchową i równowagę. Stanie na jednej nodze przestało być problemem.
Zaczęłam też chodzić do teatru żeby zobaczyć tancerzy na scenie, czytać książki związane z baletem i kolekcjonować nagrania, słuchać muzyki klasycznej.
Kiedy musiałam wybrać temat pracy licencjackiej a potem magisterskiej nie miałam problemu – oba były związane z baletem.
To co było dla mnie bardzo ważne, to to, że w trakcie lekcji nie myślałam o niczym innym niż to co robię w danym momencie, świat zewnętrzny przestawał dla mnie istnieć.
Po zajęciach wychodziłam zmęczona fizycznie, ale z wypoczętą głową. Balet uczy ważności i skupienia na tym co dzieje się tu i teraz oraz dyscypliny. Nie wypada spóźnić się na zajęcia i nie rozgrzać się przed nimi, a jeśli chcemy widzie postępy musimy pracować nie tylko na sali ale również w domu, szczególnie nad rozciągnięciem.

 

Fragment lekcji

Każda forma ruchu jest dobra, jednak najważniejsza jest regularność, dlatego warto wybrać takie zajęcia które będą nam sprawiać przyjemność. Oprócz baletu chodziłam na siłownię, basen, jeździłam na rowerze i wszystkie te aktywności były fajne, jednak żadna nie dawała  mi takiej satysfakcji jak taniec.
Dlatego też polecam pójść na lekcję i samemu się przekonać jak fajną formą aktywności jest taniec klasyczny.

 

Guacamole

Guacamole to jeden z moich ulubionych sosów, jest bardzo prosty i smaczny. Podstawą jest wybór właściwego awokado. W sklepie możemy dostać zwykle dwie odmiany, te o zielonej skórce, które zazwyczaj są twarde i wymagają czasu, żeby mogły dojrzeć i awokado hass o ciemnej,  chropowatej skórce, gotowe do spożycia. Moim zdaniem oba rodzaje są równie smaczne, jednak aby przygotować doskonałe guacamole musimy mieć owoc o miękkim, maślanym miąższu.

Guacamole z nachosami, pycha 🙂

Sam przepis ma wiele wersji, ja na co dzień przygotowuję tą prostą w skład której wchodzą tylko awokado, sól, sok z cytryny i czosnek, ale czasem mam ochotę bardzie się wysilić i wówczas przygotowuję wersję z większą ilością składników, idealną jako jedzenie na imprezę z dodatkiem pieczywa, nachosów czy pokrojonych tortilli.

 

Awokado, sok z cytryny, oliwa, odrobina soli. Doskonałe samo w sobie np. na śniadanie

Składniki:

  • dwa dojrzałe awokado
  • pół czerwonej cebuli
  • kilka pomidorków koktajlowych
  • czosnek
  • sok z cytryny
  • chilli ( świeże lub suszone, np. w płatkach)

Żeby zrobić guacamole musimy wybrać miąższ z przekrojonego na pół i pozbawionego pestki awokado i rozgnieść za pomocą widelca. Dodajemy sól, chilli, sok z cytryny, przeciśnięty przez praskę czosnek i mieszamy. Pasta nie powinna być gładka tylko lekko rozdrobniona, o grudkowatej konsystencji.

Cebulę kroimy w drobną kosteczkę, podobnie pozbawione nasion pomidorki. Dodajemy je do pasty z awokado, mieszamy i gotowe 🙂

Smacznego!

Sylwester z psem

Sylwester już dziś, w mojej okolicy oznacza to, że petardy strzelają już od Wigilii. Zarówno mój pies jak i inne, które spotykam w trakcie spacerów boją się wystrzałów i hałasu, więc tak noc sylwestrowa jak i kilka nadchodzących dni będą dla nich wyjątkowo trudne.

Sylwester z psem. Naprawdę trzeba strzelać?

Oczywiście nie wszystkie zwierzęta źle znoszą wystrzały, jednak dla większości z nich niespodziewany hałas o wysokim natężeniu jest niezwykle stresujący.

Czemu to co według nas jest fajne nie jest fajne dla naszych zwierząt? Przede wszystkim ze względu na to, że zakres słyszanych przez psy dźwięków jest inny niż tych które słyszymy my. Psi słuch jest też o wiele wrażliwszy niż nasz. W efekcie to co dla nas jest zwykłym hałasem dla nich jest kilkakrotnie głośniejsze.

Ponadto musimy pamiętać o tym, że psy nie wiedzą że 31 grudnia to bardzo specjalny dzień w którym świętujemy, między innymi poprzez odpalanie fajerwerków. Dla nich to dzień taki jak każdy inny. W związku z tym gdy następuje godzina zero nasze psy czują się tak, jak my czulibyśmy się podczas bombardowania. To co dla nas jest fajne i ładne dla nich jest niespodziewaną apokalipsą i powoduje u nich ogromy strach i poczucie zagrożenia. Rzadko kiedy świętowanie ogranicza się do jednego dnia w roku, zwykle zaczyna się w okolicach wigilii i kończy tydzień po sylwestrze. Psi stres zaczyna być przewlekły i jego skutki bywają widoczne gołym okiem. W przypadku mojego jamnika jest to niechęć do wychodzenia na spacery po zmroku która postępuje i zwykle 31 grudnia nie udaje nam się już wyjść po godzinie 13, a w Nowy Rok czasem w ogóle.

Na tym zdjęciu widać wiele objawów stresu u psa: mrużenie oczu, uszy położone po sobie, łapa podniesiona do góry.

W tym roku jest zdecydowanie lepiej, ale rok temu nie udało mu się załatwić swoich potrzeb przez ponad 48 godzin, bo tak bardzo bał się wyjść z domu.

Zatem jak możemy pomóc naszym futrzastym przyjaciołom?

Po pierwsze pamiętajmy o tym, że pies wystraszony nagłym odpaleniem petardy może uciec i na przykład wbiec pod przejeżdżający samochód, więc w tym okresie konieczna jest smycz, a nawet dwie: jedna przypięta do obroży a druga do szelek.

Po drugie pamiętajmy o adresówce, na wypadek gdyby dwie smycze zwiodły. Pomoże ona naszemu pupilowi szybciej wrócić do domu.

Chip to kolejna sprawa o którą warto zadbać, ale sam chip to jeszcze nie wszystko, pamiętajmy żeby dopisać psa do bodaj najpopularniejszej bazy jaką jest https://www.safe-animal.eu/ dzięki której łatwiej będzie odnaleźć nasze dane po zeskanowaniu chipa.

W domu pamiętajmy o zapewnieniu psiakowi bezpiecznego, cichego i ciemnego miejsca w którym będzie mógł się skryć. Ja opuszczam wszystkie rolety, zamykam okna i zostawiam otwartą łazienkę, bo to najcichsze pomieszczenie w domu. Poza tym robię moim psom „bazę” z koców i poduszek w której mogą się zakopać i poczuć bezpiecznie. Ale można też urządzić „norę” pod krzesłem, nakryć kocem klatkę kennelową etc. Kilka minut przed północą puszczam też bardzo głośną muzykę, która choć trochę zagłusza wystrzały.

Szaman i Pola w bazie 🙂

Oprócz tego stosuję również kamizelkę przeciwlękową taką jak ta: http://www.helpmydog.pl/ którą mam już od kilku lat. Nie działa może tak wspaniale jak to opisuje producent i dystrybutor, ale z pewnością pozwala się psu wyciszyć.

Szaman w kamizelce

Wiele psów w stresie odmawia jedzenia, ale warto przygotować sporo gryzaków takich jak np. suszone świńskie uszy, bo żucie pomaga się psu zrelaksować.

Mamy też jeszcze czas na wizytę u weterynarza, który może nam zapisać odpowiednie leki które pomogą naszemu psu przetrwać tą wyjątkowo ciężką noc.

Czasem jednak trzeba się zastanowić nad innym rozwiązaniem takim jak wyjazd w głuszę lub oddanie psa do psiego hotelu poza miastem. To drugie rozwiązanie ma dwie zalety, bo nasz pies będzie w miejscu gdzie jest względnie cicho i nie ma wystrzałów, a my możemy w tym czasie pójść na sylwestrową imprezę.

Jest jeszcze jedna sprawa o której warto mówić i o którą warto apelować do władz, zarówno tych lokalnych jak i na szczeblu centralnym, czyli zakaz strzelania w sylwestra i organizowanie przez miasto pokazów laserowych zamiast fajerwerków. Dawanie przykładu zawsze działa lepiej niż zakazy i nakazy.

Wiem, że dla wielu osób sylwester bez fajerwerków jest niewyobrażalny, ale pamiętajmy o naszych mniejszych braciach. I nie chodzi tu tylko o nasze domowe zwierzęta, ale też o psy w schroniskach, które bardzo źle znoszą takie atrakcje i ich opiekunowie muszą się bardzo natrudzić żeby w tą noc nie doszło do żadnego nieszczęścia.

Życzę wam wszystkim udanej zabawy, bez względu na to w jakim gronie będzie się ona odbywać.

Ja już po raz piąty spędzę ją w domu z moimi psami oglądając filmy o zombie i pilnując stołu przed polekowym apetytem mojego jamnika. Mam nadzieję, że moje rady pomogą wam przetrwać tę noc!